Cyberkruki

Strumień myśli o popkulturze

witcher-meditate
Publicystyka

Kryzys symbolu. O grach komputerowych, duchowości i zmęczeniu wyobraźni

Branża gier komputerowych znajduje się dziś w paradoksalnym momencie swojej historii. Nigdy wcześniej nie dysponowała tak ogromnymi budżetami, tak zaawansowaną technologią i tak wielką liczbą odbiorców. Jednocześnie coraz częściej słychać głosy o zmęczeniu graczy, powtarzalności doświadczeń oraz utracie zdolności do głębokiego przeżywania fikcyjnych światów.

Problem ten można rozpatrywać nie tylko ekonomicznie czy technologicznie, ale również symbolicznie. Być może współczesny kryzys przeżywania gier jest częścią znacznie szerszego procesu, który wcześniej dotknął religię, mitologię i sztukę. Procesu stopniowego zaniku myślenia symbolicznego w świecie przepełnionym symbolami.

W tym kontekście napisałem jakiś czas temu we współpracy z panem Zbigniewem Paskiem z AGH, pracę naukową, w wielkim skrócie opisującą przeżywanie symboliczne, jednak pod koniec okazało się że to nie praca, a bardziej esej naukowy. I na jego podstawie chciałbym napisać artykuł.

Człowiek jako istota symboliczna

Przez większość historii człowiek żył w świecie symboli.

Las nie był tylko lasem. Był miejscem zamieszkania duchów, demonów i świętych. Burza nie była tylko zjawiskiem meteorologicznym. Mogła być gniewem bogów. Śmierć nie była wyłącznie procesem biologicznym, lecz przejściem do innego wymiaru istnienia. W tym świecie symbole nie były dodatkiem do rzeczywistości. Były samą rzeczywistością. Duchowny interpretował świat przez pryzmat symboli religijnych. Artysta interpretował go przez metafory i opowieści. Zwykły człowiek funkcjonował w kulturze, która nieustannie nadawała znaczenia wydarzeniom codziennym. Współczesny człowiek żyje natomiast w rzeczywistości zdominowanej przez naukę, edukację i analizę mechanizmów. Wie, czym jest burza, jak działa mózg i skąd biorą się złudzenia poznawcze. Z jednej strony jest to ogromne zwycięstwo wiedzy. Z drugiej strony oznacza to utratę pewnej części dawnego doświadczenia symbolicznego.

Od świętych do potworów

Dawniej głównym źródłem symboli była religia. Dziś coraz częściej tę rolę przejmują gry komputerowe, filmy, seriale i literatura fantastyczna. Dla średniowiecznego człowieka smok był częścią religijno-symbolicznego porządku świata. Dla współczesnego człowieka podobną funkcję może pełnić smok z fantasy, potwór z Wiedźmina czy bohater ulubionej gry. Nie oznacza to, że gracz dosłownie wierzy w istnienie utopców, ghuli czy nekkerów. Oznacza jednak, że symbole te pozwalają przeżywać emocje, konflikty i pytania egzystencjalne. Potwór staje się metaforą. Może symbolizować chorobę, uzależnienie, lęk, śmierć albo nieznaną część własnej psychiki. Pod tym względem współczesna kultura popularna wykonuje część pracy, którą kiedyś wykonywały religie i mity.

Problem nadmiaru symboli

Pojawia się jednak nowy problem. Przez większość historii symbole były rzadkie. Człowiek słuchał kilku opowieści przez całe życie. Uczestniczył w ograniczonej liczbie rytuałów. Spotykał niewiele obrazów. Współczesny odbiorca w ciągu jednego dnia może zobaczyć więcej symboli niż średniowieczny człowiek przez kilka miesięcy. Internet, filmy, gry, reklamy, media społecznościowe i sztuczna inteligencja nieustannie produkują nowe obrazy i narracje. W efekcie dochodzi do inflacji symbolu. Tak jak nadmiar pieniądza prowadzi do inflacji waluty, tak nadmiar symboli prowadzi do inflacji znaczenia. Potwór, który kiedyś wywoływał fascynację, staje się kolejnym elementem przewijanego ekranu. Bohater, który miał inspirować, staje się jednym z tysięcy bohaterów konkurujących o uwagę. Nie dlatego przeżywamy mniej, że symbole są słabsze. Przeżywamy mniej, ponieważ jest ich za dużo.

Czego zresztą częściowo możemy doświadczyć na podstawie innego artykułu z tej strony, w którym opisuje historie ukrzyżowania człowieka nie jako symboliczne przeżycie, ale jako jeden z wielu braindance’ów, który nie wiele zmienia w życiu. Prawie to samo mamy współcześnie kiedy nasze emocjonalne przeżycia, dla portali plotkarskich, a takim przecież jest zasadniczo cały internet, liczy się dostatecznie silna i negatywna plotka – wywołująca napięcie, zmuszająca do komentowania i tworząca ruch na stronie, co w konsekwencji zwiększa statystykę wyświetlania reklam i powiększa pulę przychodów danego serwisu. I tak jest z całym internetem, czego konsekwencją może być całościowe zobojętnienie – brak zdolności do emocjonalnego przeżywania czegokolwiek, nawet śmierci najbliższych.

Zaglądanie pod maskę

Drugim problemem jest rozwój wiedzy o mechanizmach oddziaływania kultury. Tak jak edukacja pozwoliła ludziom analizować instytucje religijne i dostrzegać sposoby wpływania na wiernych, tak współcześni odbiorcy coraz lepiej rozumieją mechanizmy działania przemysłu rozrywkowego. Gracz wie, czym jest system nagród. Wie, czym jest projektowanie uzależniających pętli rozgrywki. Wie, jak działają mikrotransakcje, algorytmy rekomendacji czy techniki marketingowe. Podobnie jak dawny wierny zaczął dostrzegać polityczne i społeczne funkcje religii, współczesny odbiorca coraz częściej dostrzega ekonomiczne funkcje sztuki masowej. To prowadzi do częściowej utraty iluzji. Nie dlatego, że sztuka staje się gorsza. Po prostu coraz częściej widzimy mechanizmy stojące za kurtyną.

Tak samo jak przez analizy Carla Gustava Junga czy wykłady w internecie Jordana Petersona, człowiek może sprowadzać niezależny i duchowy aspekt życia wyłącznie do mechanizmu umysłu, jakim jest własne sumienie i nieświadomość, którymi rządzi mózg bardziej, niż świadomie byśmy chcieli, co zresztą nawet w swoich pracach opisywał Profesor Vetulani, mówiąc że nie mamy wolnej woli.

Co jest o tyle ciekawe, że w momencie odkrywania mechanizmów, wszelkie symbole artystyczne, stoją w tym samym szeregu co dawne symbole duchowe, choć silnie będziemy się trzymać tego że to dwie różne rzeczy. I w obydwu przypadkach dla przeżycia prawdziwego doświadczenia psychologicznego, jak zwykł mawiać o tym Jung, potrzebna jest umiejętność zawieszenia niewiary, z czym mamy jako społeczeństwo, coraz więcej trudności.

Branża gier jako nowa świątynia symboli

Można powiedzieć, że gry komputerowe znalazły się dziś w miejscu podobnym do tego, w którym kiedyś znajdowały się instytucje religijne. Oferują światy znaczeń, bohaterów, wspólnoty. Rytuały. Codzienne logowanie do gry przypomina rytuał. Społeczność graczy przypomina wspólnotę. Wielkie premiery pełnią funkcję świąt kulturowych. Problem polega na tym, że współczesny człowiek jednocześnie potrzebuje tych przeżyć i jednocześnie rozumie mechanizmy ich tworzenia. To rodzi charakterystyczne napięcie naszych czasów. Chcemy wierzyć w opowieść, ale widzimy kulisy jej produkcji.

Ze swoich wspomnień grania za czasów młodości, przypomina mi się świat jednego z pierwszych MMO, jakim była seria Guild Wars. Jako młody człowiek nie rozumiałem jeszcze mechanizmów rządzących światem, i to pozwoliło mi przeżywać emocjonalnie historie świata przedstawionego. Zwłaszcza że w pewnym sensie, z poziomu mechanizmów gry, wszelkie modlitwy i inkantacje miały swoje praktyczne zastosowanie w czarach i umiejętnościach postaci. Gdy nad światem gry zapanowała „łaska bogów”, można było uklęknąć przed ołtarzem punktu odrodzenia, z którego wyskoczył emisariusz danego bóstwa gry, za opłatą udzielającą błogosławieństw dający rozmaite, drobne buffy, podczas czyszczenia map z mobków. To był drobiazg, odkryty późno – a cieszył.

Jak odzyskać zdolność przeżywania?

Rozwiązaniem nie jest odrzucenie nauki ani powrót do naiwnej wiary. Nie da się „odzobaczyć” zdobytej wiedzy. Można jednak nauczyć się nowego rodzaju relacji z symbolami. Podobnie jak czytelnik może wzruszać się powieścią, mimo że wie, iż jest fikcją, tak współczesny człowiek może świadomie uczestniczyć w świecie symboli. Wymaga to jednak umiaru. Największym zagrożeniem nie jest dziś brak symboli. Największym zagrożeniem jest ich nadprodukcja. Nie potrzebujemy więcej historii. Potrzebujemy więcej czasu na ich przeżycie. Nie potrzebujemy więcej gier. Potrzebujemy więcej przestrzeni między kolejnymi grami. Nie potrzebujemy kolejnych tysięcy obrazów. Potrzebujemy zatrzymać się przy kilku, które naprawdę coś dla nas znaczą.

Balans

W tym miejscu pojawia się interesujący aspekt duchowy. Nie chodzi o konkretną religię. Chodzi o ideę równowagi między ilością bodźców a zdolnością ich przeżywania. Ludzki umysł posiada ograniczoną pojemność emocjonalną i symboliczną. Jeśli nieustannie zalewamy go nowymi historiami, obrazami i doświadczeniami, przestaje nadawać im znaczenie. Duchowość przyszłości może więc nie polegać na szukaniu coraz większej liczby symboli, lecz na odzyskiwaniu zdolności do zatrzymywania się przy tych, które już istnieją.

Na przykład ograniczanie nadmiaru informacji. Albo powrót do skupienia, kontemplacji i refleksji. Ewentualnie traktowanie gry komputerowej, filmu czy książki nie jako kolejnego produktu do skonsumowania, ale jako doświadczenia wartego przeżycia.

Zakończenie

Kryzys branży gier może być więc częścią znacznie większego kryzysu współczesnej kultury. Nie jest to wyłącznie kryzys technologii, biznesu czy kreatywności. Jest to kryzys symbolu. Żyjemy w epoce, która produkuje więcej znaczeń niż kiedykolwiek wcześniej, ale coraz rzadziej pozwala nam je naprawdę przeżyć.

Być może przyszłość sztuki nie będzie polegała na tworzeniu coraz większej liczby światów, lecz na odzyskiwaniu zdolności do zamieszkiwania tych światów wystarczająco długo, by mogły nas jeszcze poruszyć.

Jestem ciekaw waszych pomysłów na narastający problem przeżywania sztuki, w której wszakże trzeba “zawiesić niewiarę”, żeby przeżyć emocje płynące z obrazów na ekranie czy z aktorów na scenie. A może taka jest cena postępu – parafrazując tekst z “Pani Jeziora” Sapkowskiego, Postęp niby stado świń chodzących po gnojowisku daje liczne korzyści i rozjaśnia nam mroki, a często sprawia że śmiejemy się z sytuacji możliwego odczuwania strachu że w mroku coś się czai.

Jak pisałem wyżej, co będzie paradoksalne, kontakt z mrokiem w tym wypadku, w momencie kiedy posiadamy wiedzę wynikającą z postępu – daje nam przez posiadaną wiedzę coraz mniejszą sposobność do odczuwania czegokolwiek, vide horrory, i oglądanie je dla uczucia kontrolowanego strachu.

Mrok na scenie, czy to wirtualnej czy tej teatralnej, może w takim wypadku działać na nasze emocje tylko wtedy kiedy “zawiesimy niewiarę”, i uwierzymy, choćby na ten moment, że to co widzimy jest prawdziwe – gdyż dla emocji bodziec je generujący nie musi mieć znaczenia.

A jeśli tego nie zrobimy, będziemy tylko trenować się w narzekaniu że wszystko jest nie tak jak powinno, gdzie w gruncie rzeczy mówi to tylko tyle, że coraz bardziej będzie brakować nam radości z codziennych czynności. A przecież, życie nie jest wyłącznie po to, żeby trwało, prawda?