WSTĘP

Nie zastanawialiście się nigdy jakie jest pochodzenie, ergo proweniencja, potworów z wiedźmina? Dlaczego wiedźmini w ogóle mogli powstać jako rodzaj cywilnego stawiania oporu zagrożeniu paramilitarnemu siłom natury?
Znalazłem kiedyś – ale to już lata temu – ciekawy komentarz, którego siłą rzeczy nie zacytuję, bo jak pisałem, to było dawno. Ale chciałbym na jego podstawie, pokrótce omówić wam ten właśnie główny element świata wiedźmina.
Przypomnijmy sobie kilka fragmentów wiedźmińskiego księgozbioru napisanego przez imć Andrzeja Sapkowskiego. Na tapet bierzemy zwłaszcza dwa – całe opowiadanie „droga z której się nie wraca”, pod postacią godzinnego słuchowiska, dostępnego do kupienia w Audiotece, i może na lewo na Youtube’ie, ale też początek tomu będącego prequelem do sagi, czyli sezonu burz.
W samym Sezonie Burz, najistotniejsze będą dwa momenty. Sam początek radzę wam zapamiętać, Sapkowski opisuje w nim dlaczego potwór w ogóle istnieje i jak przygotowuje się do walki.
„Żył tylko po to, by zabijać.
Leżał na nagrzanym słońcem piasku.
Wyczuwał drgania, przenoszone przez przyciśnięte do podłoża włosowate czułki i szczecinki. Choć drgania wciąż były odległe, Idr czuł je wyraźnie i dokładnie, na ich podstawie zdolny był określić nie tylko kierunek i tempo poruszania się ofiary, ale i jej wagę.
Dla większości podobnie polujących drapieżników waga zdobyczy miała znaczenie pierwszorzędne – podkradanie się, atak i pościg oznaczały utratę energii, która musiała być zrekompensowana energetyczną wartością pożywienia. Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono.
Żył po to, by zabijać ”
Zapamiętajcie ten fragment, gdyż będzie on ważny. W dalszej części tego samego tomu Sezonu Burz, możemy wyczytać, wypowiedź której sens sprowadza się mniej więcej do tego, iż potwory są tworzone przez wyspecjalizowane czarodziejskie laboratoria, do ograniczania siłowego, rosnącej populacji ludzi.
Prawdopodobnie ich motywacja może być szczodra, zwyczajnie techniki produkcji jedzenia i pokarmu nie rozwijają się tak szybko w tym świecie jakby chcieli i przy rosnącej szybko populacji, ludzie zaczęliby umierać z głodu i zabijać się za resztki, tworząc chaos.
Ale to jest motywacja czarodziejów, którą opisał pisarz w tym właśnie tomie.
DOBRYMI CHĘCIAMI…

Istnieje teoria, skądinąd wydaje mi się że słuszna, iż pierwsze potwory z innych światów sprowadzili na świat ludzi elfy. Wykorzystały bowiem magię tego świata, do magicznego zaminowania i zapieczętowania swoich dawnych terenów żeby zabezpieczyć odwrót i bezpiecznie uciec ze świata dominowanego przez ludzi, opóźnić ich ekspansję, i zagwarantować sobie bezpieczne życie w innym świecie, dając zajęcie swojemu wrogowi, doczesnymi problemami.
Zanim przejdziemy do sedna, jedno przypomnienie. Specjalnie opisałem ten fragment, jako „magiczne zaminowanie terenu”, gdyż samo owo działanie, nie jest tak fantastyczne i nieprawdziwe jak mogłoby się wydawać, i jego realistyczne źródło możemy odnaleźć w historii.

Mianowicie, kiedy Niemcy wycofywali się w 45′ na gwałtu-rety przed idącą w ich stronę sowiecką linią frontu, robili wszystko żeby opóźnić ich ekspansję i przemarsz wojsk. A że mieli zdolnych saperów, zaminowywali co mogli, żeby opóźnić wrogowi przemarsz i dać sobie więcej czasu na skuteczną ucieczkę. Niemcy postanowili wykorzystać więc zdolności swoich wojskowych saperów, i jak napisałem, zaminowywali wszystko co mogli.
Polami minowymi, potykaczami, innego typu pułapkami – pełen przegląd opcji i możliwości, zupełnie jakbyśmy czytali przegląd bestiariusza. Mój dziadek, w latach 60′, dwudziestego wieku, jako wojskowy saper, nie raz wzywany był do wojska bo potrzebny był do rozminowywania terenu, i to spory kawał czasu po wojnie. Tak więc taki sposób „biernej walki”, to nie pierwszyzna, i nie jest to sprawa precedensowa.
W dzisiejszych czasach, bierna walka urosła do skali nowej nazwy – „Wojny hybrydowej”. Powórzę za wikipedią:
strategia wojenna łącząca działania konwencjonalne, nieregularne, cybernetyczne, terroryzm i przestępczość, w tym samym czasie i na tym samym polu bitwy, celem osiągnięcia celów politycznych. Wojna taka często jest prowadzona bez oficjalnego wypowiedzenia.
Jej charakter ma pozwolić agresorowi na całkowite lub częściowe uniknięcie za nią odpowiedzialności. Zagrożenie hybrydowe jest definiowane jako działanie jakiegokolwiek adwersarza używającego wyżej wymienionych kombinacji działań.
W teoretycznym skrócie wojną hybrydową możemy nazwać każde działanie, które nie powoduje oficjalnych reakcji innych krajów związanych z danym krajem umowami o obronności o pomocy militarnej, gdyż oficjalnie „wojny nie ma”. I taką właśnie wojną, jest, według mnie, konflikt między elfami a ludźmi o dominacje na kontynencie.
Konflikt, który elfy toczą od dawna, a do którego nie chcą się przyznać, bo oficjalnie oni nie walczą, to potwory pochodzenia magicznego są niebezpieczne i powodują zagrożenie. Elfy tylko zajmują się swoimi sprawami. A to że potwory są pochodzenia magicznego – na co reaguje wiedźmiński medalion – z elfickich czarów i laboratoriów, to inna sprawa, nieistotny fakt, nie wpływający na przebieg życia na kontynencie.
Ludzie zaanektowali jednak taki sposób życia i przemienili go w zarobek. Posłuchajcie sobie słuchowiska „Drogi z której się nie wraca”, w której naczelny villain opowiadania, twórca kościeja, wprost mówi że mocodawcom owej wysłanej czarodziejki (nie powiem jakiej, żeby nie było spojlerów) wprost mówi jej że jej mocodawcy czerpią profity z zagrożenia kościejem sprzedażą amuletów ochronnych kupcom i podróżnikom, mającym ochronić ich przez właśnie tym zagrożeniem. Sapkowski z wykształcenia ekonomista, zna się na tym aż za dobrze.
I to też jest element wojny hybrydowej, tylko dającej się opisać rozszerzonym mianem „domowa wojna hybrydowa”, w obrębie kraju czarodzieje i renegaci, tworzą bowiem dla siebie nawzajem zagrożenie, po to żeby spełniać swoje nadrzędne cele, i jednocześnie stworzyć biznes ochrony przed danym zagrożeniem. Zapamiętajcie ten fragment bo jeszcze do niego wrócimy.
Zatem tak, wiedźmińskie potwory, są zwyczajnie elementem stawiania biernego oporu w domowej wojnie hybrydowej, w której elfy zaminowały teren magią dając sobie czas na przetrwanie. Jak pamiętamy z sagi, elfy są długowieczne, chciały więc przeczekać ludzi jak suszę i nieurodzaj.
A ludzie za pomocą innych renegatów-czarodziejów dostosowali się, i tak powstali wiedźmini, których można nazwać sekcją „cywilnych jednostek paramilitarnych”, którzy, nie będąc oficjalnymi żołnierzami trenowanymi do walki na froncie, i będąc bliżej ludności cywilnej, chronili tych cywilów przed autonomicznym zagrożeniem.
KIEDY LEGENDA PRZESTAJE BYĆ LEGENDĄ…
Rzeczywistość jednak udowadnia, że taki sposób biernego prowadzenia wojny nie jest taki fantastyczny, jak mogłoby się wydawać w pierwszej chwili. Co prawda książka Martina J. Dougherty pisana w 2015 roku trochę się zdezaktualizowała, i opisując w niej tematykę jednostek walczących bezzałogowych nie przewidział tego co się będzie z jego punktu widzenia – działo później na różnych frontach, ale tak.
Tak to właśnie wygląda. Poszukajcie sobie na serwisie Youtube filmy z frontu ukraińskiego. Obie strony mają wielki problem demograficzny z mobilizowaniem żołnierzy. I oba wykorzystują do tego, coraz tańsze jednostki bezzałogowych, elektronicznych, zdalnie sterowanych jednostek zwanych dronami. Autor książki nie przewidział, i wręcz szydził, w jakim celu żołnierze obu frontów będą wykorzystywać tanie, cywilne maszyny, z podpiętymi pod spodem minami i rakietami. I gdy tylko połączymy poezję fantastyki z rzeczywistością, możemy dojść do dziwnych wniosków.
Taki dron, niby nie ma czym zaatakować. Ale przypomnijcie sobie powyższy cytat. Łatwo jest mi sobie wyobrazić sytuację, w której dron leży na piasku „wygrzewając się”, ergo, ładując panelami akumulatory, i mają uruchomione czujniki ruchu. Istniejący tylko po to by zabijać. I gdy czujniki zarejestrują ruch, operator może zadecydować o ataku, bezprzewodowo, albo na długie przewody światłowodów zabezpieczające przed zakłóceniami sygnału.
Taki potwór, ma wtedy typowe zachowanie potwora, dla jasności możemy go nazwać P1-Ghoul – podlatuje do przeciwnika na odległość zasięgu miny, ergo „zasięgu kłów i pazurów” tylko zamiast zaatakować i tworzyć zakażone jadem trupim rany cięte, po prostu wybucha. I nie ma ani celu, ani zaminowanego przedmiotu ścisłego zarachowania. A operator może po takiej samobójczej misji wykorzystać następnego drona, i dalej ruszyć do ataku. Tanio i bez kłopotu. Dodać należy jeszcze – jako ciekawostkę, że i w walce z dronami można zarabiać na amuletach ochronnych – kapturach, parasolach czy “magicznych” detektorach sygnału dronów, mogącego na pewnej odległości wyczuć zagrożenie. Ale w opisie brzmi jak fikcja, z magicznymi amuletami, prawda? xD

Z prostej matematyki możemy policzyć, że jeśli dany kraj miałby około trzydziesty tysięcy żołnierzy, a na każdego żołnierza przypadałoby nawet i sto takich cyfrowych, zaminowanych, latających potworów, wyszło by nam trzy miliony obiektów zdolnych wykonywać rozkazy. A teraz mamy jeszcze rozwój komputerów i systemów językowych szumnie nazywanych AI. Od czasu wojny na Ukrainie i rozwoju dronów, odnoszę wrażenie że postęp w komputerach osobistych istniał tylko po to żeby rozwinąć szybciej postęp w produkcji bezzałogowych dronów właśnie.
Spójrzmy na to z tej strony – nasze najtęższe umysły produkują teraz coraz lepsze algorytmy sztucznej inteligencji, która dzięki nim jest coraz lżejsza i zoptymalizowana. W efekcie, nawet mobilne LLM’y, mogą być dobre, i jednocześnie na tyle lekkie żeby były – no właśnie – mobilne. Uruchamiane na telefonach. A telefony są coraz lżejsze, i docelowo dron byłby wstanie na spokojnie udźwignąć taki właśnie mobilny komputer z własnym mózgiem, skoro większe jednostki potrafią udźwignąć człowieka.
FANTAZJA I RZECZYWISTOŚĆ

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Bogaty kraj chce podbić albo przynajmniej utrudnić, ekspansję sąsiedniego kraju, mogącego jemu zagrozić. Oficjalne powołanie wojska i atak na wroga wzbudzi sprzeciw opinii publicznej i sojuszników z całego świata. Tworzymy więc w teorii, tanie w produkcji z ekoplastiku tworzonego ze skrobii kukurydzianej drony, dajemy im pewną dozę samodzielności doczepiając im procesory AI – Którymi reklamuje się coraz więcej producentów smartfonów – następnie doczepiamy małe i wydajne panele słoneczne, jakieś wiatraki i mały ładunek wybuchowy, lżejszy od starego granatu, ale o tej samej mocy eksplozji.
Jakieś płozy, skrypt tworzący modus operandi takiego żołnierza kamikaze – tyle. Całość nie powinna ważyć więcej niż kilogram. Przy odpowiedniej technologii produkcji, koszta produkcji takiego cyfrowego potwora mogłyby być podobne do kosztów budowy smartfona. A tutaj taka statystyka może wyglądać na oko tak – licząc dziesięć milionów dolarów za opracowanie, i sto milionów sztuk urządzeń, wynosi to mniej więcej dziesięć dolarów za sztukę, orientacyjnie pisząc. Do tego dochodzi wszystko to czego nie przewidziałem. A policzcie sobie ile potrafi kosztować smartfon na półce sklepowej, a wojsko nie wydaje swoich urządzeń na rynek cywilny do kupienia w sklepie.
Teraz – wystarczyłoby wysłać małą liczbą oddziałów, te parę milionów sztuk na ziemię wroga, żeby siały ferment. I już, wojna hybrydowa w rozkwicie. Operatorzy nadal mają jakiś wgląd w oprogramowanie dronów, ale mogą operować nawet kilkoma setkami takich cyfrowych żołnierzy naraz. A oficjalnie dany kraj, jak to już bywało, może wyprzeć się tych urządzeń i powiedzieć światu że „takie drony można kupić w każdym sklepie z dronami”, i częściowo ma rację…
A my, będąc tak atakowanym, mamy największy problem. Samo zabijanie na współczesnej wojnie to niejako półśrodek – martwy cywil i żołnierz często wymaga tylko pochowania lub spalenia. Ale żywy, ranny powoduje większe problemy logistyczne i większe obciążenie dla systemu. Przez to nasza potencjalna ekspansja mogłaby być zagrożona, bo wchodzimy w ogromne koszta.
Oczywiście w teorii, takiego „potwora”, strącić jest dosyć łatwo, jeśli jest się dobrym strzelcem. Wystarczy pistolet lub strzelba na amunicję śrutową i celne oko. Ale mimo wszystko. No ale dochodzi jeszcze kwestia ich taniości i ilości…
A teraz podsumowanie. Jak myślicie, jest jakaś sensowna różnica między elficką wojną hybrydową, w której pośrednio magicznie stworzone potwory atakują ludzi zaburzając ich mir domowy, a potencjalną współczesną wojną hybrydową, w której na nasze tereny spada wiele milionów pół autonomicznych albo i autonomicznych latających min, zaburzające nasz porządek i spokój?
NIE SAMYM WIEDŹMINEM…

Oczywiście, temat prowadzenia biernej wojny hybrydowej nie jest zarezerwowany tylko dla wiedźmina, i wszelkiej maści gier RPG, w których radośnie szlachtujemy powstałe i oszalałe z magii stwory, wprost czekające żeby wejść nam pod miecz. Przypomnijcie sobie wszelkie gry w których walczymy tylko z jednym typem potwora – ZOMBIE. To bardzo ciekawe, bo proweniencja tego typu “potwora” też jest zbliżona.
W większości gier, nieumarli, parający się zjadaniem mózgów powstali na skutek magii śmierci. BA, pochodzenie wszelkiej magii śmierci i zombie we wszelkich produktach fantastycznych, możemy wyjaśnić wzorowaniem się zarówno na magii voodoo z Haiti, jak i na pewnej książce rozszerzającej uniwersum Lovecrafta – Necronomicon. Szczególnie polecam kupić taki grymuar magii śmierci, który nie jest “tłumaczony”, tylko zapisany w oryginalnym, lovecraftowskim języku. Nie trzeba go rozumieć, żeby czytanie jego tajemnic, miało pewien klimatyczny vibe.
No ale w dzisiejszych czasach mamy wszystko połączone z nauką, a w nauce jak wiemy, nie ma magii – nie biorąc pod uwagę grzybków z psylocybiną, które nie na darmo nazywają się magiczne, bo ich magia, działa w głowie. (Sam jestem zdania po tym jak mi się przyśniło że byłem telekinetykiem w szkole i podnosiłem długopisy siłą woli i wybijałem szyby w oknach, raz że telekineza jest męcząca i niepraktyczna – a dwa, że technologia jeszcze długo nie da mi takiej możliwości zabawy umysłem =) ).
Zombie z The Last of Us, powstały na skutek wirusa. A wirusy, mogą być używane jako tak zwana “Broń biologiczna”, co jest zresztą powszechną wiedzą. Tylko w naszych czasach wirus zamieniający ludzi w zombie może być smartfonozą, albo zwykłą mocniejszą grypą zamykającą ludzi w domach – co zresztą przeżyliśmy jakoś kiedy była pandemia COVIDu.
Ale nie trudno sobie wyobrazić na podstawie “The Last of Us”, że jakiś kraj rozmyśla nad rozwinięciem mrówczego zombie wirusa do atakowania ludzi i wykorzystania go w formie broni, żeby uniemożliwić wrogowi ekspansję, przez przymusowe organizowanie mu zajęcia przetrwaniem doczesnym. Co prawda to mało prawdopodobnie biologiczne, ale realne.
I nawet tu, pojawiają się wiedźmini. W serii Days Gone, mamy bohatera jeżdżącego na motorze walczącego z hordami zombie oszalałych od choroby zjadania mózgów.
W tym momencie należy uznać jeszcze jeden element, wiedźmin, jest jednostką cywilnej służby paramilitarnej – i jako taką może wypełniać jej zadanie dowolny zawód nie będący wojskiem, które zajmuje się walką z niedogodnościami na drodze oficjalnej, z mundurem na sobie, karabinem w ręku i rozkazami. Ale tutaj musimy spojrzeć po sobie, statystycznie jest coraz mniej chętnych na całym świecie do rzucania swojego życia na szalę, i pójścia w kamasze. No ale wiedźmiństwo jawi się bardziej kusząco…
W końcu wiedźmin to zawód, a nie powołanie. To fach w ręku, profesjonalizacja. I pewna doza samodzielności, bez dowódcy nad głową z rozkazami. No ale są klienci, a powszechna wiedza biznesowa zawsze mówi “klient nasz pan”. Ale nadal, masz większą swobodę, wolność, własny czas wolny… I może dlatego takie zawody mogą w przyszłości jawić się jako kuszące – zwłaszcza kiedy są tak epicko pięknie przedstawiane w popkulturze.
PODSUMOWANIE

Tak, kiedyś myślałem że faktycznie potwory są tylko wytworem wyobraźni. Potem myślałem że tylko ludzie są potworami. A dzisiaj, coraz częściej potwory sami sobie tworzymy żeby walczyły za nas. To prawie tak jak mechaniczne potwory zasilane wysokooktanową benzyną, służące do szybkiej jazdy. No przecież mówi się na super samochody „pięćset koni, trzysta niuta, istny potwór!”.
Z drugiej jednak strony, zawsze byłem pacyfistą, i miałbym opory przed uderzeniem drugiego człowieka, nawet jeśli chciałby mi zrobić krzywdę. Ale taka walka z komputerowymi ghoulami, mogłaby być jakimś rodzajem kompromisu – w końcu ostatecznie, to tylko procesory i trochę kabli.
Zapraszam do dyskusji na discordzie, mam nadzieję że nie przeraziłem was za bardzo. Liczę na ciekawą rozmowę, do następnego, Papa!





